SaNa Sisters

SaNa Sisters

poniedziałek, 16 maja 2016

I Maraton Szosowy dookoła Jeziora Miedwie - 14.05.2016r.

14 maja miałam przyjemność uczestniczyć w I maratonie szosowym dookoła jeziora Miedwie. Startowałam na dystansie mega (130 km). Na imprezę pojechaliśmy zgraną paczką „rodzinnie” Wspaniała sekcja turystyczna (Pan Henio z Panią Elą), tata, siostrzyczka i mama, która była osobą dopingującą nas na starcie.

 
Jak wyglądają nasze przygotowania?

Dzień przed wyjazdem jak zwykle włączają się nerwy (niestety tylko mnie i to wtedy, gdy nie mam powodów do zmartwień), przez co cały dzień katuję siostrę swoimi obawami, czy nie pomylę trasy, czy nie będzie za bardzo wiało lub na którym kilometrze złapie kryzys. Ona jak zwykle mówi, że marudzę, co jest słusznym określeniem, ale i tak obawy są. W południe pakujemy wszystkie rowery na przyczepkę i zabezpieczamy je tak, aby po drodze nie doszło do żadnych uszkodzeń. Wieczorem pozostaje nam spakować torby i napełnić bidony.


3.15 - dźwięk budzika...

 

Niestety, czeka nas sporo drogi do przejechania, w końcu z Leszna do Stargardu jest co deptać ;) Tato dzielnie jedzie wyznaczoną trasą, natomiast ja wybieram drzemkę... Godzinę przed dojazdem do bazy maratonu zrobiliśmy sobie szybkie śniadanie. Baza była dobrze oznakowana, więc dotarliśmy do niej bez większych problemów. Rozpakowanie przyczepki zajęło dosłownie parę minut, dlatego było sporo czasu na dokładne sprawdzenie, czy rowery nadają się na trasę, a tym zajmuje się tato. Zawsze się śmiejemy, bo tak naprawdę jest naszym szoferem, trenerem, serwisantem, a do tego sam uczestniczy w maratonach.  Na szczęście sam wie ile stresu mam przed startem więc sprawnie wszystkiego dogląda, a ja w tym czasie mogę się szybko przebrać.

 

Tak jak to zwykle bywa, mam wrażenie, że to ja czegoś zapominam spakować, tak tym razem to moja siostrzyczka nie zabrała ze sobą bluzy. Szybka decyzja - jadę „na krótko” tzn. w krótkich spodenkach, bluzce i do tego długie rękawki, a Sandra weźmie moją bluzę. Wszystko pozamieniane, ale nie zepsuło nam to humoru. Tą kwestią zajęła się Pani Ela, co chwilę rozśmieszając nas jakimiś zabawnymi wspomnieniami z zeszłorocznych maratonów. Nadszedł czas na rozdzielenie prowiantu i w drogę! Tym razem testowałam zupełnie nowe batony oparte praktycznie na samych owocach i nie za bardzo wiedziałam czy się sprawdzą. Jak to mówią - bez ryzyka nie ma zabawy. Jako, że jest to dłuższy dystans to zapakowałam 2 musy owocowe i 2 batony.



Co myśli zawodnik 5 min przed startem?

Organizator wywołując nasze nazwiska daje znać, że czas ustawić się w sektorze startowym. Witam się jeszcze z Kasią, w około same znajome twarze. Krótko przed startem podchodzi do mnie Sławek. Ze spokojem i uśmiechem na twarzy mówi, że mini przejedzie w 1 h 30 min... Zaczął się w głowie dylemat. Matko w ile? Jak on to...? Ale na myślenie przed startem nie ma zbyt wiele czasu. Wciąż powtarzam sobie - oby wystartować, opony całe i dojechać szczęśliwie do mety! Jak on chce przejechać to w tak krótkim czasie, to mnie się marzy w 4,3 h… Rozglądam się dookoła i widzę, że startuję wraz z Krzyśkiem. W zeszłym roku często jechałam w jego towarzystwie na ultramaratonach, więc mam nadzieję, że utrzymam jego tempo i jakoś dotrę do mety. Z Sandrą mamy umowę, że każda jedzie swoim tempem i jeśli nie da rady to jedzie tylko 1 pętlę.

 
Ostatnie odliczanie i czas start!

 
Głęboki wdech i wydech, pedały wpięte i ruszam. Na początku jestem pierwsza, ktoś z tyłu mnie goni, jednak kilka sekund i już jest nas czwórka. Jedziemy pięknym tempem, jak dla mnie za pięknym... Wychodzę na zmianę i jadę przed siebie, niestety na podjazdach jestem dla moich towarzyszy za wolna więc jeden z nich mnie zmienia. Jedzie się dobrze ale czuję, że się męczę. 6 km, zakręt i podjazd, a co gorsze po niewiarygodnej ilości dziur. I tak jak wcześniej zakładałam niestety odstaje od grupy i jadę sama. Przecież ktoś na pewno mnie będzie mijał, może pojedzie moim tempem! Ech złudne me nadzieje... Jadę całkowicie sama. No cóż.. dobry trening! „Kładę się” na kierownicy i jadę przed siebie utrzymując średnią około 34. Coś mi nie pasuje, za łatwo to wszystko idzie i gdzieś musi być haczyk... Mijam kolejne osoby przed sobą i rozglądam się starając zapamiętać trasę - gdzie uważać na dziury, a gdzie są podjazdy. Około 30 kilometra zastałam na trasie punkt kontrolny oraz żywieniowy, zapytałam w przelocie, czy bliżej mety również będzie, ale obsługa krzyknęła tylko łap banana! Więc chwyciłam go i pojechałam dalej. Został mi jeszcze jeden pełny bidon, więc powinno starczyć na kolejny punkt. W tym momencie odnalazłam haczyk tej całej imprezy... Początek jak z bajki, z wiatrem, dobre tempo, po punkcie zaczęły się górki oraz to czego najbardziej nie lubię, wiatr, wiatr i… wiatr! Jak ja go nie lubię! Ani nie ma za kim się schować, ani jak szybciej pedałować. Na szczęście Panowie Strażacy podtrzymują na duchu dopingując mnie w miejscach, gdzie obstawiali trasę. Swoją drogą, należą im się ogromne brawa! Wszystko było dobrze zabezpieczone i nie dało się pomylić trasy. Gdy mijałam rozjazd na mega/metę, to na liczniku miałam 2 h i 22 minuty. No tak to Sławkowi pewnie się udało z limitem jaki zakładał :) No nic przede mną jeszcze 65 km, więc czas popedałować. Póki się da głowa nisko, ciało blisko ramy i jedziemy. Niestety wzrok zbyt często ucieka na licznik i tam, gdzie wcześniej było 34, już coraz rzadziej pojawia się trójka z przodu. No i moje 4,3h idą w zapomnienie :( W dalszym ciągu jadę sama, coraz bardziej zniechęcona, bo po co ja jadę? A jeśli jestem już ostatnia na trasie i wszyscy na mnie czekają? Pytam się strażaka i dostaję odpowiedź, że już dawno ktoś jechał i chyba jestem ostatnia. Moje morale spadają poniżej zera. Matko jest aż tak beznadziejnie?! Załamana pedałuję dalej i wzrokiem szukam już punktu żywieniowego, nie mam już nic w bidonie. Zatrzymuję się na nim i spokojnie uzupełniam braki. Nawiązuję nawet krótką pogawędkę i panowie pocieszają, że pewnie jeszcze ktoś tam z tyłu mnie goni i że jeszcze około pół godzinki do mety! Biorę ciacho i ponownie wsiadam na rower. Niestety pozostało nie 30 minut, a 30 km i to cały czas pod wiatr. No nic.. Trzeba jakoś dojechać do tej mety. Po drodze zastanawiam się gdzie popełniłam błąd i szybko łączę fakty. Aha! Stanowczo za mało picia i jak się okazuję za mało jedzenia, bo choćby i baton jest nienaruszony w kieszonce.


Wreszcie towarzystwo!

 

Huraaa! Obracam się i nie jestem sama, widzę jakąś postać za mną daleko, daleko, ale jednak ktoś jest! Jadę uradowana, że organizatorzy nie czekają tylko na mnie. Jest nas dwoje! Jaka radość we mnie wstąpiła, że tym ktosiem, który mnie goni jest właśnie Krzysiu :) Dojechał do mnie równie uradowany i dzieli się wrażeniami z trasy. Jakże on mnie podtrzymał na duchu swoimi opowieściami i komentarzami. Krzysiu opowiadał, że widział mnie na punkcie i choćby nie wie co, postanowił sobie, że mnie dogonł, co na szczęście mu się udało! :) Aż mi się wierzyć nie chciało, że ganiał tak mnie przez całe 120 km! Od tej pory jedziemy razem. Krzysiek widzi, że nie mam już siły i postanawia zaczekać na mnie na podjazdach więc zwalniał na nich nieco tempo. Jedziemy obok siebie i wzajemnie się motywujemy. Co chwila opowiadamy sobie zabawne historie i planujemy jak to przyjemnie będzie na mecie zejść z roweru i się położyć na trawie. Ale do mety jeszcze 10 km. Prędkość wzrosła i kilometry zaczęły uciekać jakby szybciej. Już poznaje te miejsca, baza coraz bliżej i łapie mnie ostatni kryzys. Na szczęście jest obok Krzysiek i szybko łagodzi sytuacje. Biorę ostatniego gryza batonika i teraz już na pewno dojedziemy. Gdy wróciły mi siły (jak to zawsze mam przed metą, co czasem mnie gubi) wraz z Krzyśkiem wpadliśmy na szalony pomysł. On mnie gonił 120 km, a ja mu tyle uciekałam. Został nam ostatni kilometr i zgodnie stwierdziliśmy, że przez te ostatnie metry będziemy się ścigać. Byłam skrajnie wykończona, a jednocześnie On tak mnie zmotywował, że nie mogłam tego tak zostawić. Ostatnimi siłami zaczęliśmy oboje dusić w pedały po kostce do mety. Po drodze stały tabliczki oznajmiające ile nam do niej pozostało. 500 metrów, a ja odstaję. Zaciskam zęby i depczę jeszcze mocniej. Chwila i jesteśmy już na mecie. Co to był za maraton!



Oboje mijamy linię, ściskamy się i padam na trawę. Jestem wykończona. 120km samotnej jazdy pod wiatr i 15km w dobrym tempie z Krzysiem, oraz ostatni najbardziej wymagający kilometr. Padamy na trawę, staram się złapać powietrze i oboje śmiejemy się wniebogłosy. Skąd ten pomysł i skąd w nas tyle siły? Warto było! 1 Szosowy maraton rowerowy dookoła jeziora Miedwie długo zapadnie w mojej pamięci. Trasa była różnorodna, dobrze zabezpieczona i oznakowana . Dekoracja przebiegała szybko i sprawnie. Nasz klub zajął wysokie lokaty na podium. Pani Ela z sekcji turystycznej była 2 w swojej kategorii na dystansie mini, Sandra 4 w kategorii na dystansie mini, a ja 1 bezkonkurencyjna w kategorii na mega, oraz 1 w kategorii open kobiet na mega. Jak się okazało w klasyfikacji ogólnej kobiet i mężczyzn na moim dystansie byłam 20, a 19 był Krzysiek i różniły nas dosłownie setne sekundy ;) to się nazywa rywalizacja!
 
 
 

Tak jak pisałam, maraton był bardzo dobrze zorganizowany, jedynym minusem była tylko nawierzchnia dróg. Sądzę, że za rok chciałabym tam startować ponownie, ale mam nadzieję, że tym razem bez wiatru i w towarzystwie przez całą trasę...

2 komentarze:

  1. Fajnie, ze jechałaś z Krzysiem, fakt, że jest strasznym gaduła, ale potrafi odwrócić uwagę od myśli o zmęczeniu. To dobry kompan ;) Strasznie się za wami stęskniłam, więc cieszę się, że piszesz relacje!

    OdpowiedzUsuń