SaNa Sisters

SaNa Sisters

środa, 12 lipca 2017

(Nie) dawno temu, w pewnym szpitalu...

Ostatnio coraz częściej spotykam posty młodych mam opisujących swoje wrażenia z porodówki. Przyznam szczerze, że niektóre z nich są naprawdę przerażajace. Standardy opieki okołoporodowej znacząco się poprawiły, jednak nie wszędzie kobiety mają szanse na tzw. "godny poród".

Przeglądając tak te wpisy postanowiłam napisać jak to wyglądało u mnie, w naszym leszczyńskim szpitalu.

 

Do szpitala trafiłam wcześniej niż powinnam. Pod koniec ciąży, mniej więcej od 7 miesiąca dokuczało mi nadciśnienie, w związku z czym mój lekarz prowadzący prosił abym po ostatniej wizycie, a przed kolejną (na której miałam dostać skierowanie do szpitala) zrobiła KTG. Między wizytami były dwa tygodnie, toteż pomiędzy nimi udałam się na wspomniane badanie. Wcześniej nie miałam nigdy robionego KTG, więc za bardzo nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Podczas badania, Pani doktor odczytującej wynik nie spodobał się zapis, więc zostawili mnie w szpitalu. Podczas tych kilku dni wykonano mi wielokrotnie KTG i kilka razy badania ginekologiczne z usg. Wówczas okazało się, że mam za dużo wód płodowych i ciąże należy rozwiązać wcześniej (37 tydzień)

Założono mi tzw. balonik, który miał za zadanie zwiększyć rozwarcie i wywołać skurcze. Niestety na nic się on nie zdał, rozwarcie jak miało 2 cm tak miało. W środę 18. stycznia o 6 rano zabrano mnie na porodówkę.

Miałam to szczęście, że tydzień wcześniej oficjalnie oddano do użytku wyremontowaną porodówkę.

 

Miałam okazje zwiedzić ją wcześniej, dzięki mojej położnej, więc wiedziałam co gdzie jest i czego mogę się spodziewać.

W leszczyńskim szpitalu są cztery całkiem nowe sale porodowe plus sala do cesarskich cięć. Każda z sal jest wyposażona w nowoczesne łóżko, które można ustawić elektrycznie w wielu pozycjach, tak aby rodzącej było wygodnie. Wysokiej klasy aparatura monitorująca i różne inne rzeczy mogące pomóc kobiecie podczas porodu, jak liny, piłka. Przy każdej z sal znajduje się toaleta z prysznicem. Nie ma już podziału na sale do porodu rodzinnego, w każdej z czterech sal może nam towarzyszyć ktoś bliski.

Gdy pielęgniarka przywiozła mnie na porodówkę, pierwsze co musiałam zrobić to przebrać się w koszule szpitalną i pozostawić mój bagaż w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu z szafkami. Gdy byłam już gotowa, mogłam przejść do sali porodowej. Bałam się tego jak będę traktowana na porodówce, gdyż mojego lekarza prowadzącego nie lubieją w naszym szpitalu. Moja położna niestety nie miała tego dnia dyżuru, a mój narzeczony nie zdążył zjechać na czas (kierowca), tak więc byłam zdana tylko na siebie. Byłam bardzo szczęśliwa, gdy wchodząca do sali położna, Pani Ewa oznajmiła, że moja położna (Beata) do niej dzwoniła. Od razu poczułam się lepiej. Podłączono mi KTG i kroplówki z oksytocyną, aby wywołać akcje porodową. W międzyczasie odpowiadałam na pytania położnej Aleksandry, wszystko przebiegało w miłej atmosferze.

Po jakimś czasie przyszedł Ordynator, który po badaniu przebił pęcherz płodowy. Akcja porodowa zaczęła się na dobre. Nie będę w tym momencie mówić, że było pięknie, miło i przyjemnie, i że kompletnie nic nie bolało. Bolało, bolało jak cholera! Nie wiem do czego mogłabym przyrównać ten ból, bynajmniej tak się nigdy nie czułam. Chwila przerwy, skurcz, znów chwila przerwy i znów skurcz, tak w kółko. W międzyczasie wielkie zdziwienie - zmartwiony narzeczony zaczął dzwonić na porodówkę, bezpośrednio na szpitalny numer. Nie myślałam, że coś takiego zrobi :)

Zanim rozwarcie było takie jak być powinno wielokrotnie zmieniałam pozycje. Raz na łóżko, raz na piłkę. Raz na plecach, za chwilę na kolanach, potem jeszcze inaczej. Teraz nie ma tak jak kiedyś, że cały poród odbyło się w jednej pozycji.

Zmiana pozycji nie pomaga w zmniejszeniu bólu. Darlam się w niebogłosy, błagałam o cesarkę, potem o znieczulenie zewnatrzoponowe. Myślałam, że nie dam rady. Z bólu robiło mi się już słabo, odpływałam z wycieńczenia. Doktor Pawlaczyk podjęła decyzje o porodzie zabiegowym poprzez vacuum. Dzięki temu już o 12:30 mogłam powitać Oliwiera na świecie :) Nie obyło się bez nacięcia, jak się potem okazało byłam tez popękana. Ale Pani doktor pięknie wszystko zaszyła :)

Położono mi go na brzuchu, po czym zabrano do badań. 
2630 gram, 53 centymetry. Mały okruszek, a nie chciał wyleźć :)

 

Przez cały czas porodu były ze mną dwie położne, ginekolog oraz dwie studentki (praktykantki) pielęgniarstwa. Praktykantki były bardzo pomocne, nie odstępowały mnie na krok. Podawały wodę do popicia, przecierały czoło, trzymały za rękę. Jestem im naprawdę wdzięczna za wszystko, z pewnością w przyszłości będą bardzo dobrymi pielęgniarkami.

Na sali porodowej po urodzeniu małego byłam jeszcze przez dwie godziny. W tym czasie mogłam odpocząć, przebrać się w czystą koszule, przyniesiono mi tez obiad.

Później położono nas na sali.
Niestety nie miałam pokarmu, nikt nie pokazał mi jak mogę pobudzić laktację, wiec Oliś od początku dostawał mm. Jednakże nie uważam, żeby to było coś złego. 
Na oddziale opieka była w porządku. Personel przez cały nasz pobyt był pomocny i uprzejmy.

Tak wiec, nie ma się co bać. Nie jest aż tak źle :) trochę trzeba pocierpieć, ale dla takiej nagrody warto!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz