Moja
podróż zaczęła się już w środę.
Wieczorem,
po pracy, wsiadłam w pociąg i po godzinie byłam już w rodzinnym
Lesznie. Uwielbiam wracać do domu, gdzie czeka na mnie stęskniona
rodzinka. Wraz z siostrą szybko ustalamy plan i już z rana ruszamy
w dalszą podróż. Na dworcu jest nas troje. Ja, Sandra i jej
narzeczony - Kuba. Jedziemy pociągiem do Gryfic, a po drodze czekają
nas 3 przesiadki. Pierwszy pociąg to regio i jako, że jest 4 rano,
nie ma wiele osób, więc można spokojnie usiąść. Od Poznania
jedziemy już na stojąco... 5 h w ścisku. Na koniec trasy szybka
przesiadka w Gryficach i lądujemy w Niechorzu, gdzie mamy bazę
noclegową. Nie tracąc dnia wraz z Sandrą udaję się na plażę :)
Oczywiście nie obyło się bez opalania, jak i kąpieli w naszym
Bałtyku. Jesteśmy tu dość często, a nigdy nie udało nam się
dotrzeć na latarnię, dlatego w tym roku ją zdobyliśmy.
Zmiany...
Wieczorem
okazuje się, że organizator maratonu wprowadza nowe zasady
losowania grup. Wszystkie kobietki jadą razem, jako ostatnie. Na
forum wywołało to dość sporą dyskusję.
"W sumię się nie dziwię. Zawsze to bezpieczniej jechać z
kimś i można mieć cień szansy aby złapać koło, a tu czeka mnie
pewność ,że dystans przejadę znowu sama". No
nic, jutro dojedzie do nas reszta ekipy, to ustalimy jak się
przygotować na trasę. Rano dyskusja nadal była burzliwa. Czesia
uspokaja mnie, że pojedziemy spokojnie „piknikowo” i nie ma się
czym martwić, jednakże organizator daje nam czas zaledwie 3 godzin
od mojego startu (jadę dosłownie w ostatniej grupie). No
nic, zobaczymy jak to będzie. Najwyżej nie zdążę.
Czas
odebrać numery startowe.
Wieczorem,
wraz z moim maratonowym tatą 'Jankesem' jadę po nasze numery
startowe. Grzecznie ustawiamy się w kolejeczce i czekamy na swoją
kolej. W tle słychać różne opinie. Zdania co do nowego systemu
losowania grup, są mocno podzielone. Jakiś pan załamany za mną
mówi, że ostatni startuje to i pewnie ostatni dojedzie. Nie,
nie, nie ostatnia, to ja startuję , więc bez obaw:)
Jego zdziwienie, że nie minie żadnych kobietek na trasie było
bezcenne! Teraz moja kolej. Organizator z natłoku pytań o starty
był tak rozkojarzony, że prawie mogłam wylosować sobie grupę
startową:) Ale nie, jadę ostatnia. Regulaminy, to regulaminy i
wszyscy jesteśmy równi (choć jeśli o równość chodzi, to
myślałam, że właśnie losowanie kobiet i mężczyzn razem było
sprawiedliwe..). Startuję o 12.15 No
to się wyśpię... Nie
tylko ja obawiam się o czas na przejazd i niektórzy proszą o
zmianę czasową grup. Mi jest już wszystko jedno. Wieczorem na
odprawie technicznej organizator podjął decyzję o wydłużeniu
czasu na dojazd do mety. Uff, nie trzeba będzie się tak spinać,
czy damy radę:)
Dzień
startowy.
Rano
, jak to zwykle bywa biorę się za szykowanie bidonów. Czuję się
świetnie, ale mimo to mam obawy co do startu. Pakuję bidony, batony
i żel. Czas w drogę.. Szybki buziak dla mamy i jedziemy z tatą
Jankesem, oraz siostrzyczką rozgrzewając się na start. Wszyscy
trzej załapaliśmy się na super zdjęcie u Czesi, bo ona jak zywkle
ma czujne oko na to, co dzieje się przy trasie i wstawia ciekawe
fotorelacje;)
3,2,1
jedziemy i.....
Słysze
moje nazwisko w tle, więc szybko ustawiam się na linii startowej. W
głowie wyznaczam sobie cel na drogę: objechać
chociaż 3 panów, nie zabłądzić i dojechać w miarę możliwości w
3 h na metę.
Przed startem organizator mierzy wszystkim szerokość opon i 12.15
startujemy.
Ruszamy
wszystkie razem , jednakże po chwili jedziemy w czwórkę. Obok mnie
ustawiła się moja rywalka z zeszłych lata Sandra. Po chwili
jesteśmy tylko we dwie, ponieważ panie jadące przed nami strasznie
szarpią i my, jadąc ze stałą prędkością, co chwilkę je
mijamy. Nie podoba się nam takie przyśpieszanie i zwalnianie
dlatego decydujemy się na wspólną jazdę we dwoje tyle ile będzie
to możliwe, a później każda jedzie na swój rachunek. Droga mija
dość szybko, a na liczniku mamy cały czas średnią około 30km/h.
Coś
to wszystko idzie za łatwo. Jadę
pamiętając o jedzeniu i piciu ale chwilami dziwnie mnie odcina, mam
takie minutowe kryzysy. Sandra zajmuje mnie rozmową i chwila moment
mijamy nasze uciekinierki, oraz dwóch panów.
O
upadkach słów kilka..
Jedziemy
ponownie w czwórkę. Typowo damska grupka, ale mimo to, silne
zmiany. Ja zjeżdżam na tył naszego miniaturowego peletonu, aby
złapać oddech i siły na dalsze pedałowanie. Jest zaledwie 30
kilometr. Przed nami długa prosta i lekki zjazd... Widzę jak
dziewczyny przyśpieszają, naciskam mocniej na pedały i nagle
leżę... Jedyne co pamiętam to obracającą się Sandrę i masę
osób nad sobą. Nie mogę oddychać i jęczę z bólu. Nie wiem, czy
bardziej sparaliżował mnie strach, czy ból. Nie mam pojęcia skąd,
ale w samochodzie, który się zatrzymał, była pielęgniarka. Nie
pozwala nikomu mnie ruszyć. Ja dalej zwijam się z bólu. Jakiś pan
dzwoni do organizatora wyścigu. Nie odbiera... No to dzwoni na numer
zabezpieczenia medycznego maratonu i był to również głuchy
telefon... Ostatecznie wzywają karetkę. Dziewczyny jadą dalej, aby
ukończyć maraton. Czuję jak palą mi się łydki. Pielęgniarka
daje mi wody. Leżę obolała na asfalcie. Podjeżdża Czesia i
łapie mnie za rękę głaszcząc po policzku i powtarza, że
wszystko będzie dobrze. Chciała zostać, ale jest nas już tutaj za
dużo, a zbiegowisko nic mi nie pomoże. Czesia zbiera moje rzeczy i
wraca na trasę. Jakiej otuchy dodała mi jej obecność w tej
chwili. Tuż po niej dociera do mnie moja siostra, który zrezygnowała z dalszej jazdy w maratonie i zawróciła z trasy. Powiadamia
wszystkich co trzeba i załatwia z panem, który wezwał pogotowie
transport roweru. Z daleka słyszę sygnał karetki. Chwilę później
leżę już na szynach i ładują mnie do środka. Panowie
przeprowadzają ze mną wywiad medyczny i powierzchownie badają.
Sandra pomaga mi się rozebrać na tyle ile to możliwe. Nie mogę
ruszać ręką i lewą nogą. W karetce dostaję dożylnie ketonal
aby uśmierzyć ból i jedziemy do Gryfic. Po drodze mam badany
cukier. 170, nigdy wcześniej tyle nie miałam. Zazwyczaj jest to
poniżej 70, dlatego do bidonu muszę dorzucać troszkę glukozy aby
go podwyższyć. Tak okazuje się reaguje na nerwy. W szpitalu jeżdżę
od sali do sali i słyszę głupie komentarze z cyklu ' i jak które
ma pani miejsce', lub 'a pani nie za dużo waży na taki rowerek? '.
Bosko.. nie dość, że z maratonu nici to jeszcze się nasłuchać
muszę. Niestety, chamstwo zdarza się w każdym zawodzie, choć
najmniej spodziewałabym się tego w szpitalu... A tak wszystko
dobrze szło, czułam się świetnie i wiem, że dojechałabym z
dziewczynami do mety ze świetnym czasem. Eh... Leżę. Najpierw
prześwietlenia, potem kolejne zastrzyki i czekanie na radiologa. Do
szpitala dojeżdża reszta rodzinki. Tata próbuje mnie rozśmieszyć,
aby czas szybciej mijał. Wszystko mnie boli. Mama ogląda piękne,
czerwone sińce na moich rękach i rzuca jakimiś zabawnymi tekstami.
Kiedyś marzyłam o kraksie, ale nie żeby upadać sama;) Wszyscy to
wszyscy. Przez moment przychodzi mi do głowy pomysł aby wrócić na
trasę maratonu i go dokończyć, ale już po kilku krokach od wózka
do kozetki mija mi to szaleństwo. Czuję
się jak wyprany w pralce chomik...
Jak to się w ogóle stało? Nie mam pojęcia. Zbieżność przebiegu
akcji wskazuje na omdlenie. Myślałam, że zahaczyłam komuś koła,
ale podobno jechałam sama w momencie upadku. Po 1,5 h pojawia się
radiolog i jedziemy na usg. Tam sprawdzane są narządy wewnętrzne,
czy doszło do uszkodzeń i przesunięć. Na szczęście wszystko
jest w porządku, tak jak na prześwietleniu. Jedyne co to mocne
obtłuczenia. Panowie wypisują recepty i zalecenia. Mam się
oszczędzać. Podczas pobytu w szpitalu Sandra poinformowala mojego partnera o wypadku i uspokajała, że nic złamanego nie jest. Milo było słyszeć jego glos i poczuć wsparcie jakim zawsze mnie darzy. W takich chwilach widać jak drugiej osobie zależy na tobie
Wracamy do Niechorza. Jest mi naprawdę wszystko
jedno. Dostałam 50 jednostek ketonalu dożylnie i nic by mnie nie
ruszyło. Jak błogo jest poleżeć przez chwile. Niestety myśli po
głowie krążą. Na moją prośbę tata zawozi mnie na zakończenie
maratonu, chcę odebrać moje rzeczy, które Czesia zebrała na
trasie. Zostaje mi podziękować dziewczynom za pomoc i pogratulować
wyników. Nie zostaję tam na długo, bo ból powraca więc jadę z
powrotem na bazę noclegową. Po schodach chodzę jak pingwin... Ba!
Kilka dni tak chodzę. Moje ciało z dnia na dzień jest bardziej
fioletowe i niemniej obolałe. Kłótnie z mamą nic nie dały i w
kolejnym maratonie startować nie mogę. Jaka złość we mnie była,
że nie wiadomo przez co tak się stało. Od początku mówiłam, że
coś się wydarzy, że tak jak było wcześniej, było bezpiecznie.
Ktoś zawsze Cię minie na trasie. Dobrze, że tak się to wszystko
skończyło i złamań nie ma. Wracam powoli do siebie. Chciałabym
wrócić na szosę. Oby jak najszybciej.
Dobrze, że podczas wypadku cudem znalazło się tyle osób, które mi pomogły. Gdyby grupy startowe były mieszane to być może nawet jeśli zdarzyłby się wypadek - mogłabym liczyć na pomoc zawodników. A tak - cieszę się, że dziewczyny kosztem swoich wyników mogły się zatrzymać i że w ogóle z nimi jechałam. Gdyby mnie nikt nie zauważył mogłoby się to bardzo źle skończyć.
Niestety wielu naszych klubowiczów doszło do wniosku, że jak się tak na Rewalskim maratonie dzieje, że wszystko nagle się zmienia (niekoniecznie na lepsze) - to raczej nasze starty tutaj odbędą się turystycznie (bez zapisów na maraton). Kochamy wszystkie nadmorskie miejscowości, zawsze cieszymy się gdy widzimy, że jakiś maraton ma się odbyć w tej części Polski. Jednak maratony w starej formule jakoś tak bardziej nam odpowiadały. Nie jesteśmy zawodowcami, żeby jeden drugiemu miał przeszkadzać na trasie.
Wystraszyłaś nas bardzo. Dobrze, ze skończyło się "tylko" na siniakach! Do zobaczenia na trasie!
OdpowiedzUsuńSama byłam przerażona przez pierwsze sekundy. Niestety nikt tego nie planował. Dobrze, że wszystko schodzi:) Do zobaczenia!
Usuń