SaNa Sisters

SaNa Sisters

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kilka słów o maratonie w Rewalu...

28.05.2016r. Odbył się maraton rowerowy w Rewalu. Był on odmienny pod wieloma względami od reszty, w których miałam okazję startować. Dla mnie jednak nie skończył się tak, jak tego oczekiwałam. Niestety nie udało mi się dojechać do mety z powodu wypadku.


Moja podróż zaczęła się już w środę.

Wieczorem, po pracy, wsiadłam w pociąg i po godzinie byłam już w rodzinnym Lesznie. Uwielbiam wracać do domu, gdzie czeka na mnie stęskniona rodzinka. Wraz z siostrą szybko ustalamy plan i już z rana ruszamy w dalszą podróż. Na dworcu jest nas troje. Ja, Sandra i jej narzeczony - Kuba. Jedziemy pociągiem do Gryfic, a po drodze czekają nas 3 przesiadki. Pierwszy pociąg to regio i jako, że jest 4 rano, nie ma wiele osób, więc można spokojnie usiąść. Od Poznania jedziemy już na stojąco... 5 h w ścisku. Na koniec trasy szybka przesiadka w Gryficach i lądujemy w Niechorzu, gdzie mamy bazę noclegową. Nie tracąc dnia wraz z Sandrą udaję się na plażę :) Oczywiście nie obyło się bez opalania, jak i kąpieli w naszym Bałtyku. Jesteśmy tu dość często, a nigdy nie udało nam się dotrzeć na latarnię, dlatego w tym roku ją zdobyliśmy.



Zmiany...

Wieczorem okazuje się, że organizator maratonu wprowadza nowe zasady losowania grup. Wszystkie kobietki jadą razem, jako ostatnie. Na forum wywołało to dość sporą dyskusję. "W sumię się nie dziwię. Zawsze to bezpieczniej jechać z kimś i można mieć cień szansy aby złapać koło, a tu czeka mnie pewność ,że dystans przejadę znowu sama". No nic, jutro dojedzie do nas reszta ekipy, to ustalimy jak się przygotować na trasę. Rano dyskusja nadal była burzliwa. Czesia uspokaja mnie, że pojedziemy spokojnie „piknikowo” i nie ma się czym martwić, jednakże organizator daje nam czas zaledwie 3 godzin od mojego startu (jadę dosłownie w ostatniej grupie). No nic, zobaczymy jak to będzie. Najwyżej nie zdążę.


Czas odebrać numery startowe.

Wieczorem, wraz z moim maratonowym tatą 'Jankesem' jadę po nasze numery startowe. Grzecznie ustawiamy się w kolejeczce i czekamy na swoją kolej. W tle słychać różne opinie. Zdania co do nowego systemu losowania grup, są mocno podzielone. Jakiś pan załamany za mną mówi, że ostatni startuje to i pewnie ostatni dojedzie. Nie, nie, nie ostatnia, to ja startuję , więc bez obaw:) Jego zdziwienie, że nie minie żadnych kobietek na trasie było bezcenne! Teraz moja kolej. Organizator z natłoku pytań o starty był tak rozkojarzony, że prawie mogłam wylosować sobie grupę startową:) Ale nie, jadę ostatnia. Regulaminy, to regulaminy i wszyscy jesteśmy równi (choć jeśli o równość chodzi, to myślałam, że właśnie losowanie kobiet i mężczyzn razem było sprawiedliwe..). Startuję o 12.15 No to się wyśpię... Nie tylko ja obawiam się o czas na przejazd i niektórzy proszą o zmianę czasową grup. Mi jest już wszystko jedno. Wieczorem na odprawie technicznej organizator podjął decyzję o wydłużeniu czasu na dojazd do mety. Uff, nie trzeba będzie się tak spinać, czy damy radę:)


Dzień startowy.

Rano , jak to zwykle bywa biorę się za szykowanie bidonów. Czuję się świetnie, ale mimo to mam obawy co do startu. Pakuję bidony, batony i żel. Czas w drogę.. Szybki buziak dla mamy i jedziemy z tatą Jankesem, oraz siostrzyczką rozgrzewając się na start. Wszyscy trzej załapaliśmy się na super zdjęcie u Czesi, bo ona jak zywkle ma czujne oko na to, co dzieje się przy trasie i wstawia ciekawe fotorelacje;)


3,2,1 jedziemy i.....

Słysze moje nazwisko w tle, więc szybko ustawiam się na linii startowej. W głowie wyznaczam sobie cel na drogę: objechać chociaż 3 panów, nie zabłądzić i dojechać w miarę możliwości w 3 h na metę. Przed startem organizator mierzy wszystkim szerokość opon i 12.15 startujemy.

Ruszamy wszystkie razem , jednakże po chwili jedziemy w czwórkę. Obok mnie ustawiła się moja rywalka z zeszłych lata Sandra. Po chwili jesteśmy tylko we dwie, ponieważ panie jadące przed nami strasznie szarpią i my, jadąc ze stałą prędkością, co chwilkę je mijamy. Nie podoba się nam takie przyśpieszanie i zwalnianie dlatego decydujemy się na wspólną jazdę we dwoje tyle ile będzie to możliwe, a później każda jedzie na swój rachunek. Droga mija dość szybko, a na liczniku mamy cały czas średnią około 30km/h. Coś to wszystko idzie za łatwo. Jadę pamiętając o jedzeniu i piciu ale chwilami dziwnie mnie odcina, mam takie minutowe kryzysy. Sandra zajmuje mnie rozmową i chwila moment mijamy nasze uciekinierki, oraz dwóch panów.


O upadkach słów kilka..

Jedziemy ponownie w czwórkę. Typowo damska grupka, ale mimo to, silne zmiany. Ja zjeżdżam na tył naszego miniaturowego peletonu, aby złapać oddech i siły na dalsze pedałowanie. Jest zaledwie 30 kilometr. Przed nami długa prosta i lekki zjazd... Widzę jak dziewczyny przyśpieszają, naciskam mocniej na pedały i nagle leżę... Jedyne co pamiętam to obracającą się Sandrę i masę osób nad sobą. Nie mogę oddychać i jęczę z bólu. Nie wiem, czy bardziej sparaliżował mnie strach, czy ból. Nie mam pojęcia skąd, ale w samochodzie, który się zatrzymał, była pielęgniarka. Nie pozwala nikomu mnie ruszyć. Ja dalej zwijam się z bólu. Jakiś pan dzwoni do organizatora wyścigu. Nie odbiera... No to dzwoni na numer zabezpieczenia medycznego maratonu i był to również głuchy telefon... Ostatecznie wzywają karetkę. Dziewczyny jadą dalej, aby ukończyć maraton. Czuję jak palą mi się łydki. Pielęgniarka daje mi wody. Leżę obolała na asfalcie. Podjeżdża Czesia i łapie mnie za rękę głaszcząc po policzku i powtarza, że wszystko będzie dobrze. Chciała zostać, ale jest nas już tutaj za dużo, a zbiegowisko nic mi nie pomoże. Czesia zbiera moje rzeczy i wraca na trasę. Jakiej otuchy dodała mi jej obecność w tej chwili. Tuż po niej dociera do mnie moja siostra, który zrezygnowała z dalszej jazdy w maratonie i zawróciła z trasy. Powiadamia wszystkich co trzeba i załatwia z panem, który wezwał pogotowie transport roweru. Z daleka słyszę sygnał karetki. Chwilę później leżę już na szynach i ładują mnie do środka. Panowie przeprowadzają ze mną wywiad medyczny i powierzchownie badają. Sandra pomaga mi się rozebrać na tyle ile to możliwe. Nie mogę ruszać ręką i lewą nogą. W karetce dostaję dożylnie ketonal aby uśmierzyć ból i jedziemy do Gryfic. Po drodze mam badany cukier. 170, nigdy wcześniej tyle nie miałam. Zazwyczaj jest to poniżej 70, dlatego do bidonu muszę dorzucać troszkę glukozy aby go podwyższyć. Tak okazuje się reaguje na nerwy. W szpitalu jeżdżę od sali do sali i słyszę głupie komentarze z cyklu ' i jak które ma pani miejsce', lub 'a pani nie za dużo waży na taki rowerek? '. Bosko.. nie dość, że z maratonu nici to jeszcze się nasłuchać muszę. Niestety, chamstwo zdarza się w każdym zawodzie, choć najmniej spodziewałabym się tego w szpitalu... A tak wszystko dobrze szło, czułam się świetnie i wiem, że dojechałabym z dziewczynami do mety ze świetnym czasem. Eh... Leżę. Najpierw prześwietlenia, potem kolejne zastrzyki i czekanie na radiologa. Do szpitala dojeżdża reszta rodzinki. Tata próbuje mnie rozśmieszyć, aby czas szybciej mijał. Wszystko mnie boli. Mama ogląda piękne, czerwone sińce na moich rękach i rzuca jakimiś zabawnymi tekstami. Kiedyś marzyłam o kraksie, ale nie żeby upadać sama;) Wszyscy to wszyscy. Przez moment przychodzi mi do głowy pomysł aby wrócić na trasę maratonu i go dokończyć, ale już po kilku krokach od wózka do kozetki mija mi to szaleństwo. Czuję się jak wyprany w pralce chomik... Jak to się w ogóle stało? Nie mam pojęcia. Zbieżność przebiegu akcji wskazuje na omdlenie. Myślałam, że zahaczyłam komuś koła, ale podobno jechałam sama w momencie upadku. Po 1,5 h pojawia się radiolog i jedziemy na usg. Tam sprawdzane są narządy wewnętrzne, czy doszło do uszkodzeń i przesunięć. Na szczęście wszystko jest w porządku, tak jak na prześwietleniu. Jedyne co to mocne obtłuczenia. Panowie wypisują recepty i zalecenia. Mam się oszczędzać. Podczas pobytu w szpitalu Sandra poinformowala mojego partnera o wypadku i uspokajała, że nic złamanego nie jest. Milo było słyszeć jego glos i poczuć wsparcie jakim zawsze mnie darzy. W takich chwilach widać jak drugiej osobie zależy na tobie
 
Wracamy do Niechorza. Jest mi naprawdę wszystko jedno. Dostałam 50 jednostek ketonalu dożylnie i nic by mnie nie ruszyło. Jak błogo jest poleżeć przez chwile. Niestety myśli po głowie krążą. Na moją prośbę tata zawozi mnie na zakończenie maratonu, chcę odebrać moje rzeczy, które Czesia zebrała na trasie. Zostaje mi podziękować dziewczynom za pomoc i pogratulować wyników. Nie zostaję tam na długo, bo ból powraca więc jadę z powrotem na bazę noclegową. Po schodach chodzę jak pingwin... Ba! Kilka dni tak chodzę. Moje ciało z dnia na dzień jest bardziej fioletowe i niemniej obolałe. Kłótnie z mamą nic nie dały i w kolejnym maratonie startować nie mogę. Jaka złość we mnie była, że nie wiadomo przez co tak się stało. Od początku mówiłam, że coś się wydarzy, że tak jak było wcześniej, było bezpiecznie. Ktoś zawsze Cię minie na trasie. Dobrze, że tak się to wszystko skończyło i złamań nie ma. Wracam powoli do siebie. Chciałabym wrócić na szosę. Oby jak najszybciej.



Dobrze, że podczas wypadku cudem znalazło się tyle osób, które mi pomogły. Gdyby grupy startowe były mieszane to być może nawet jeśli zdarzyłby się wypadek - mogłabym liczyć na pomoc zawodników. A tak - cieszę się, że dziewczyny kosztem swoich wyników mogły się zatrzymać i że w ogóle z nimi jechałam. Gdyby mnie nikt nie zauważył mogłoby się to bardzo źle skończyć.
 
Niestety wielu naszych klubowiczów doszło do wniosku, że jak się tak na Rewalskim maratonie dzieje, że wszystko nagle się zmienia (niekoniecznie na lepsze) - to raczej nasze starty tutaj odbędą się turystycznie (bez zapisów na maraton). Kochamy wszystkie nadmorskie miejscowości, zawsze cieszymy się gdy widzimy, że jakiś maraton ma się odbyć w tej części Polski. Jednak maratony w starej formule jakoś tak bardziej nam odpowiadały. Nie jesteśmy zawodowcami, żeby jeden drugiemu miał przeszkadzać na trasie.

2 komentarze:

  1. Wystraszyłaś nas bardzo. Dobrze, ze skończyło się "tylko" na siniakach! Do zobaczenia na trasie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama byłam przerażona przez pierwsze sekundy. Niestety nikt tego nie planował. Dobrze, że wszystko schodzi:) Do zobaczenia!

      Usuń