SaNa Sisters

SaNa Sisters

piątek, 24 czerwca 2016

O maratonach nieco inaczej, czyli VIII Koźmiński Maraton Rowerowy


W niedzielę tj. 12.05.2016r. miałam okazję wystartować w pierwszym w swoim życiu prologu. Pomysł startu był bardzo spontaniczny, ponieważ dowiedziałam się o imprezie dosłownie w ostatniej chwili aby się zapisać. Wieczorem podjęłam decyzję, że chciałabym spróbować swoich sił na trasie. Okoliczności startu nie były w 100% przyjazne, dzień wcześniej bawiłam się na imprezie rodzinnej, a kości po upadku dalej dawały o sobie znać.


Kto nie ryzykuje , ten się nie bawi!

Rano, wraz z Panem Bogdanem i Panem Piotrem wyruszyliśmy do Koźmina. Wspaniała miejscowość! Jest w niej pełno uroku i spokoju. Na miejscu rozglądam się dookoła i dostrzegam różnego typu rowery. Pojawiają się Panie na tak zwanych „damkach”. Myślę sobie jeśli one startują na takich rowerach to nie będzie aż tak źle, pojedziemy na luzie. Chwilkę później dostrzegam również inne rowery, w tym karbonowe szosy na pełnych, zabudowanych kołach i tu pojawiła się druga myśl.. oj chyba jednak tak łatwo nie będzie! Odbieramy nasze pakiety startowe i pojawia się moje zdziwienie. Za maratron płacę tylko 30zł, jest pomiar czasu, pakiety z wafelkami, bony żywnościowe na zupę, placek oraz kawę i każdy uczestnik dostaje medal, a zwyciezcy z każdego miejsca na podium statuetkę.

O godzienie 11:00 wszyscy zawodnicy (ponad 300 osób) ruszają na rundę honorową ulicami miasta. Nasz kolorowy peleton podziwiają mieszkańcy i machają z uśmiechem na twarzy.

11.52 startuję w ostatniej grupie na 38 km i będę gonić moich towarzyszy, którzy mnie tu przywieźli. Jak się okazuje na starcie pojawili się rodzice i robili zdjęcia oraz kibicowali, ale jak to zwykle bywa, z emocji nawet ich nie dostrzegłam.


Strzał pistoletu i start!

Cel w głowie ustawiony i jedziemy. Szybkie wdechy przed startem, rzut oka na rower myty wczoraj w nocy - nie jest źle:) Dobrze, że siostrzyczka pożyczyła mi w ogóle swoją perełkę, bo nie miałabym na czym startować. Głęboki wdech, pistolet w górze i wystartowali. Ech! od początku pod górkę, nie wpięły mi się buty, więc lekko odstaję, ale panowie tracą na zakręcie, więc kilka sekund i już znajduje się w 10-osobowym peletonie.


Matko czy mój licznik zwariował?

Jadę za panami, nie mogę złapać oddechu i się duszę, patrzę na licznik a tam 47km/h! Przecież my jedziemy po prostej a to dopiero kilka km po starcie! Nie daję rady przełykać nawet śliny z tej zadyszki. Odpuszczam... Jak to zwykle bywa, 7 km i jadę sama. Cały czas mam problemy z oddechem i próbuję napić się izotoniku. No tak, nie dziwię się, że panom którzy mają zawrotne prędkości na czasówkach starcza zaledwie jeden batonik i pół bidonu, skoro sama nie mogę przełknąc śliny a co dopiero cokolwiek zjeść! 10 km i puls wraca do normy. Jak wielka jest moja radość, gdy mijam po drodze tyle osób:) Nie spodziewałam się, że na prologu będzie panować taka świetna atmosfera! Mijam moje przeciwniczki i każda z nas wesoło się odzywa, wita się, lub macha na powitanie ręką. Przed 15 km doganiam Pana Bogdana i Pana Piotra, wymieniam kilka zdań i jadę do przodu gnając do mety. Staram się utrzymywać cały czas stałą prędkość i aerodynamiczną pozycję, jednakże nie jest to łatwe, bolące żebra nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na każdym skrzyżowaniu spotykam uśmiechniętych strażaków, którzy z daleka zatrzymują samochody i dopingują kolarzy. Pod koniec trasy mój dystans łączy się na zakręcie z trasą rodzinną. Dojeżdżam do zakrętu i grupa chłopaków zwalnia aby mnie przepuścić, dziękuję im za wolną prostą i z uśmiechem jadę dalej. Przedemną widzę wspaniałą parę. Kolarski tata wiezie córeczkę w foteliku. Jaki to był piękny widok:) Mała kolareczka ubrana w różowy kask, rękawiczki i okulary śpiewała przez całą drogę swemu tacie wesołe piosenki. To chyba moja ulubiona para z trasy rodzinnej. Mijam małą gwiazdę machając do niej z wzajemnością i pędzę przed siebie przyśpieszając. Po punkcie żywnościowym wypijam puszkę coca-coli i pędzę co sił w nogach do mety. Przede mną jedzie jeszcze kilka osób, które koniecznie chcę minąc, więc nie ma co się oszczędzać. Dojeżdżam do zakrętu i zauważam rodziców. Tata strzela kilka fotek i już mijam metę. Wjeżdżam na brukową kostkę, organizator ściąga ze mnie chip od pomiaru czasu, oraz wiesza na szyi medal.

Czas na regeneracje.

Po przyjeździe na metę udaję się na pyszną grochówkę, oraz czekam na resztę mojej ekipy. Panowie pojawiają się na mecie uśmiechnięci i od razu udają się na posiłek regeneracyjny. Chwilę później idziemy na dekorację i okazuję się, że zajęłam drugie miejsce a do zwyciężczyni tracę tylko 2 minuty:) Jestem z siebie zadowolona, ponieważ jak na okoliczności w jakich się znalazłam i to, że jechałam praktycznie sama, to wykręciłam całkiem niezły czas i udowodniłam sobie na co mnie stać, oraz to, że kobietki również mają siłę aby wykręcać czasy równe panom, jak i często lepsze od nich. Otrzymuję duży puchar, oraz gadżety od sponsorów VIII Koźmińskiego Maratonu Rowerowego.


Mam nadzieję, że pojawię się tu ponownie za rok, ponieważ bardzo podobała mi się zarówno trasa, jej obstawa (czułam się jakbym jechała w zamkniętym ruchu, gdyż widziałam tylko 2 samochody po drodze) oraz przede wszystki atmosfera i to, że mogłam się tak świetnie bawić całą rodziną.

Do zobaczenia za rok ponownie na trasie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz