W
niedzielę tj. 12.05.2016r. miałam okazję wystartować w pierwszym
w swoim życiu prologu. Pomysł startu był bardzo spontaniczny,
ponieważ dowiedziałam się o imprezie dosłownie w ostatniej chwili
aby się zapisać. Wieczorem podjęłam decyzję, że chciałabym
spróbować swoich sił na trasie. Okoliczności startu nie były w
100% przyjazne, dzień wcześniej bawiłam się na imprezie
rodzinnej, a kości po upadku dalej dawały o sobie znać.
Kto
nie ryzykuje , ten się nie bawi!
Rano,
wraz z Panem Bogdanem i Panem Piotrem wyruszyliśmy do Koźmina.
Wspaniała miejscowość! Jest w niej pełno uroku i spokoju. Na
miejscu rozglądam się dookoła i dostrzegam różnego typu rowery.
Pojawiają się Panie na tak zwanych „damkach”. Myślę sobie
jeśli
one startują na takich rowerach to nie będzie aż tak źle,
pojedziemy na luzie. Chwilkę
później dostrzegam również inne rowery, w tym karbonowe szosy na
pełnych, zabudowanych kołach i tu pojawiła się druga myśl.. oj
chyba jednak tak łatwo nie będzie!
Odbieramy nasze pakiety startowe i pojawia się moje zdziwienie. Za
maratron płacę tylko 30zł, jest pomiar czasu, pakiety z wafelkami,
bony żywnościowe na zupę, placek oraz kawę i każdy uczestnik
dostaje medal, a zwyciezcy z każdego miejsca na podium statuetkę.
O
godzienie 11:00 wszyscy zawodnicy (ponad 300 osób) ruszają na rundę
honorową ulicami miasta. Nasz kolorowy peleton podziwiają
mieszkańcy i machają z uśmiechem na twarzy.
11.52
startuję w ostatniej grupie na 38 km i będę gonić moich
towarzyszy, którzy mnie tu przywieźli. Jak się okazuje na starcie
pojawili się rodzice i robili zdjęcia oraz kibicowali, ale jak to
zwykle bywa, z emocji nawet ich nie dostrzegłam.
Strzał
pistoletu i start!
Cel
w głowie ustawiony i jedziemy. Szybkie wdechy przed startem, rzut
oka na rower myty wczoraj w nocy - nie
jest źle:) Dobrze, że siostrzyczka pożyczyła mi w ogóle swoją
perełkę, bo nie miałabym na czym startować.
Głęboki wdech, pistolet w górze i wystartowali. Ech! od początku
pod górkę, nie wpięły mi się buty, więc lekko odstaję, ale
panowie tracą na zakręcie, więc kilka sekund i już znajduje się
w 10-osobowym peletonie.
Matko
czy mój licznik zwariował?
Jadę
za panami, nie mogę złapać oddechu i się duszę, patrzę na
licznik a tam 47km/h! Przecież
my jedziemy po prostej a to dopiero kilka km po starcie!
Nie daję rady przełykać nawet śliny z tej zadyszki. Odpuszczam...
Jak to zwykle bywa, 7 km i jadę sama. Cały czas mam problemy z
oddechem i próbuję napić się izotoniku. No
tak, nie dziwię się, że panom którzy mają zawrotne prędkości
na czasówkach starcza zaledwie jeden batonik i pół bidonu, skoro
sama nie mogę przełknąc śliny a co dopiero cokolwiek zjeść!
10 km i puls wraca do normy. Jak wielka jest moja radość, gdy mijam
po drodze tyle osób:) Nie spodziewałam się, że na prologu będzie
panować taka świetna atmosfera! Mijam moje przeciwniczki i każda z
nas wesoło się odzywa, wita się, lub macha na powitanie ręką.
Przed 15 km doganiam Pana Bogdana i Pana Piotra, wymieniam kilka zdań
i jadę do przodu gnając do mety. Staram się utrzymywać cały czas
stałą prędkość i aerodynamiczną pozycję, jednakże nie jest to
łatwe, bolące żebra nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na każdym
skrzyżowaniu spotykam uśmiechniętych strażaków, którzy z daleka
zatrzymują samochody i dopingują kolarzy. Pod koniec trasy mój
dystans łączy się na zakręcie z trasą rodzinną. Dojeżdżam do
zakrętu i grupa chłopaków zwalnia aby mnie przepuścić, dziękuję
im za wolną prostą i z uśmiechem jadę dalej. Przedemną widzę
wspaniałą parę. Kolarski tata wiezie córeczkę w foteliku. Jaki
to był piękny widok:) Mała kolareczka ubrana w różowy kask,
rękawiczki i okulary śpiewała przez całą drogę swemu tacie
wesołe piosenki. To
chyba moja ulubiona para z trasy rodzinnej.
Mijam małą gwiazdę machając do niej z wzajemnością i pędzę
przed siebie przyśpieszając. Po punkcie żywnościowym wypijam
puszkę coca-coli i pędzę co sił w nogach do mety. Przede mną
jedzie jeszcze kilka osób, które koniecznie chcę minąc, więc nie
ma co się oszczędzać. Dojeżdżam do zakrętu i zauważam
rodziców. Tata strzela kilka fotek i już mijam metę. Wjeżdżam na
brukową kostkę, organizator ściąga ze mnie chip od pomiaru czasu,
oraz wiesza na szyi medal.
Czas
na regeneracje.
Po
przyjeździe na metę udaję się na pyszną grochówkę, oraz czekam
na resztę mojej ekipy. Panowie pojawiają się na mecie
uśmiechnięci i od razu udają się na posiłek regeneracyjny.
Chwilę później idziemy na dekorację i okazuję się, że zajęłam
drugie miejsce a do zwyciężczyni tracę tylko 2 minuty:) Jestem z
siebie zadowolona, ponieważ jak na okoliczności w jakich się
znalazłam i to, że jechałam praktycznie sama, to wykręciłam
całkiem niezły czas i udowodniłam sobie na co mnie stać, oraz to,
że kobietki również mają siłę aby wykręcać czasy równe
panom, jak i często lepsze od nich. Otrzymuję duży puchar, oraz
gadżety od sponsorów VIII Koźmińskiego Maratonu Rowerowego.
Mam
nadzieję, że pojawię się tu ponownie za rok, ponieważ bardzo
podobała mi się zarówno trasa, jej obstawa (czułam się jakbym
jechała w zamkniętym ruchu, gdyż widziałam tylko 2 samochody po
drodze) oraz przede wszystki atmosfera i to, że mogłam się tak
świetnie bawić całą rodziną.
Do
zobaczenia za rok ponownie na trasie :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz